Pochwała pijaństwa czyli trudno być kibicem na trzeźwo

No Comments »


Chęć bezpośredniego delektowania się futbolem na piłkarskim stadionie wiąże się z kilkoma warunkami i prawidłowościami. Trzeba oczywiście nabyć bilet. To akurat najmniejszy problem. Warto również zabrać ze sobą barwy identyfikujące drużynę, której się kibicuje. Ponadto znacznie lepiej mecze ogląda się w towarzystwie znajomego, który ma pojęcie o futbolu, aniżeli samemu. To wszystko prawda. Jednak do tego obrazu statystycznego polskiego kibica na stadionie brakuje jednego – alkoholu.

Czy to mecze klubowe, czy też reprezentacyjne, naszych kopaczy trudno ogląda się na trzeźwo. Wiąże się to z poziomem piłki nad Wisłą.  Eurowpierdol goni eurowpierdol. Wilno, Pawłodar, Kiszyniów czy Baku śnią się nam po nocach. Na szczęście polski kibic nie jest w ciemię bity i przed meczem z reguły odbywa mini „obóz kondycyjny”. Taki mały BPS – bezpośrednie przygotowanie startowo-alkoholowe.  

Samo wyjście na mecz to swoisty rytuał. Z reguły już na kilka dni przed nie możemy doczekać się wybicia godziny zero. Szalik już od paru dni leży na półce, próbujemy przewidzieć wyjściowy skład, śledzimy newsy z „naszego” obozu. W powietrzu czuć dreszczyk emocji, aurę wyczekiwania. Bardzo ważną częścią tego rytuału jest spożycie, uwaga – słowo klucz, odpowiedniej ilości alkoholu. Z doświadczenia własnego oraz znajomych - standardem w tym przypadku powinien być „alkohol twardy”, najlepiej smakowy. W ostatnim okresie możemy zaobserwować na polskim rynku gorzelniczym wysyp niezliczonej ilości smakowych wódek począwszy od ananasa, przez miętę, aż po miód. Alkohol smakowy spożywamy jest z reguły z przyjemnością, co znacząco różni go od tzw. czystej. Nie zaleca się spożywania szampana (chyba, że po zwycięstwie), wina oraz alkoholi z półki premium. Takie trunki zostawmy na zacniejsze okazje, jak na przykład celebrację sukcesu, jakim jest wygranie ligi, bądź zdobycie jakiegoś pucharu. Ewentualnie, w przypadku kadry narodowej, pokonanie raz na dwa lata drużyny wyżej notowanej w rankingu FIFA (wcześniej Portugalia, Czechy – teraz Jordania, Zambia, Sierra Leone). Odpada także piwo, gdyż nie można czerpać przyjemności z oglądania meczu wychodząc co 10 minut do toalety, co miałoby niewątpliwie miejsce po spożyciu czteropaku  tego jakże zacnego złotego trunku.

Delektując się alkoholem przed meczem musimy koniecznie zwrócić baczną uwagę na jego ilość. Optymalnie rozwiązanie brzmi, choć wielu uzna to za herezję – „połówka na dwóch”. Większe ilości mogą spowodować nieoczekiwane nawroty ukrytej choroby lokomocyjnej w autobusie/tramwaju/pociągu, bądź też problemy z rozpoznaniem własnej drużyny na boisku. Ponadto w stanie skrajnego upojenia alkoholowego możemy nie dać rady przejść przez stadionowe bramki.

Osobnym przypadkiem jest tzw. „szlak alkoholowy”. Zjawisko to występuje późną wiosną oraz latem. Po spożyciu pewnej porcji twardego alkoholu w plenerze wyruszamy w kierunku stadionu. Pech i tragizm tej sytuacji polega na tym, iż wzdłuż naszej drogi znajdują się czynne lokale gastronomiczne. Nie sposób oczywiście przejść obok nich obojętnie. Pamiętajmy o check-inie na Fejsie!

Warta polecenia jest również instytucja tzw. „piwa na drogę”. Jeśli czas dojazdu na stadion przekracza 10 minut, można spokojnie zaopatrzyć się w browarka, którego spożyjemy w drodze na mecz. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, gdyż nie ryzykujemy bliskiego spotkania ze służbami mundurowymi i, co za tym idzie, mandatu. W tym, jakże niepożądanym przypadku, koszt całościowy eventu wzrósłby 2-3 krotnie. Pamiętajmy jednak, aby po wyjściu z autobusu/tramwaju/pociągu kulturalnie zostawić pustą puszkę lub butelkę w okolicach kosza. Nie w koszu, bo ten jest z reguły przepełniony, lecz w bliskim jego sąsiedztwie.

Alkohol u kibica pełni również funkcję rozgrzewającą. Procenty napływające do tętnic sprawiają, że dopingujemy lepiej, krzyczymy głośniej, skaczemy wyżej! Rozgrzewanie jest szczególnie ważne na późnojesiennych i wczesnowiosennych etapach sezonu. Wtedy to aura w naszym kraju nie rozpieszcza kibiców piłkarskich, lecz odpowiednio przeprowadzony „trening przedmeczowy” potrafi zaradzić pogodowym niedogodnościom.

Alkohol był, jest i będzie częścią nadwiślańskiego rytuału kibicowania. Pozostaje jedynie mieć nadzieje, iż nikt nie złamie sobie palca podczas wchodzenia na mecz pod wpływam alkoholu, gdyż w takim wypadku istnieje ryzyko, że premier Tusk będzie lobbował za wprowadzeniem obowiązku posiadania alkomatu przez każdego kibica oraz zainstalowaniu tego typu urządzeń na wszystkich bramkach wejściowych na stadion.

PS I. Serdeczne dzięki dla towarzyszy futbolowej tułaczki. David, Darek, Bartek – dzięki!

PS II. Premier Tusk - premier oby już nie długo.

 

Mediolan na kolanach.

No Comments »



Smutno się to oglądało.

Jeszcze nie tak dawno patrzyłem z fascynacją na Inter eliminujący Barcelonę w półfinale Champions League po to, by zgarnąć puchar dla siebie. Na Samuela Eto' biegającego po skrzydle od jednego pola karnego do drugiego, zmieniającego się z rasowego snajpera w niemal inkarnację Brazylijczyka Cafu.

Trochę dawniej (nadal nie tak bardzo dawno) podziwiałem Milan toczący dwie wspaniałe finałowe batalie o Ligę Mistrzów z Liverpoolem.

A dziś? Nie liczyłem na dużo, ale jak się okazuje, na zbyt wiele. I dostałem o wiele mniej. Miałem nadzieję na sentymentalną podróż w przeszłość do - nie tak dawnych - lat świetności włoskiej piłki. Dostałem brutalny dowód i przypomnienie - Serie A jest coraz słabsza. I żadne dobre wspomnienia tego nie zmienią.

Jest mocna Roma, mocne Napoli, ale mam jakieś nieodparte wrażenie, że bez mocnych mediolańskich klubów liga włoska już nigdy nie będzie znaczyła w Europie tyle, co kiedyś.

Brutalna prawda tego świata mówi jasno: nieprawda, że pieniądze nie grają. W tej części Mediolanu, gdzie kolor czarny miesza się niebieskim jest już nowy zbawiciel. Eric Tohir już odlicza dni do zimowego okienka transferowego, aby zacząć budować nowy Inter. Czy nie będzie to jednak powtórka z hiszpańskiej Malagi, gdzie bogaty właściciel szybko zmienił zdanie na temat mocarstwowych planów?

W Interze już mają swojego zbawiciela, co z Milanem? Tu upatruje się powołania do mesjanizmu w piłkarzach. Emerytowany gwiazdor - Kaka oraz ten, który zapowiadał się na jednego z najlepszych napastników globu, ale chyba już nigdy nim nie będzie - Balotelli to jednak za mało. Jak na razie nawet na pierwszą dziesiątkę ligi.

Cóż, kibicuję jednym i drugim w ich drodze na właściwe tory.

Źródło: Twitter.com


***

Ale bramka Palacio palce lizać!

***

Zdarza się Wam grywać w Fifę/PES'a przeciwko sobie ekipami złożonymi z kompletnie anonimowych ogórków? No, nam też. Nazywamy to wtedy "derby żenady" i to miał być pierwotnie tytuł tej notki.

Futbolowy Marsz Niepodległości 2013

No Comments »


Wszyscy i wszędzie narzekają na wczorajsze obchody Narodowego Święta Niepodległości. Że bydło, że dzicz, że hołota. Jest w tym zapewne trochę racji (pewnie nawet więcej niż trochę), aczkolwiek mi osobiście obchody bardzo przypadły do gustu. Zaopatrzony w trzy sztuki złocistego trunku, świeżo zrobiony popcorn i ciepłe kapcie zasiadłem przed telewizorem, niczym w oczekiwaniu na finał Ligi Mistrzów, mecz którego jesteśmy świadkami tylko raz w roku.

Alegoria do meczu nie jest tu przypadkowa. Od kilku dni czuć było doniosłość i powagę nadchodzącej chwili. Obieg drużyny (FC Policja i KS Ruch Narodowy) już wcześniej odbyły gruntowny trening przedmeczowy, skupiając się przede wszystkim na taktyce. To głownie dzięki temu mogliśmy zaobserwować akcje na najwyższym światowym poziomie! Przed pierwszym gwizdkiem odbyła się oficjalna prezentacja drużyn, był Hymn państwowy oraz apele o poszanowanie ducha fair play. Na boisko wniesiono także ogromną biało-czerwoną flagę. W międzyczasie wszystkie strony internetowe drużyny Narodowców zostały przejęte przez antagonistycznie wobec nich nastawione ruchy kibicowskie określane mianem Lewactwa.

Na początku brawurową akcję ofensywną na skłot Przychodnia przeprowadzili Narodowcy. Chcieli szybko zdobyć bramkę, która od razu ustawiłaby spotkanie. Na nic jednak zdała się owa szarża, odparta przez mieszkańców tamtego przybytku. Zaprezentowali oni szczelną obronę strefową przed natarciem Narodowców. Ci, nie zważając na chwilowe niepowodzenie, w kolejnych minutach narzucili swoje warunki gry, prowadząc atak pozycyjny. Nie okazał się on jednak bardzo skuteczny, gdyż jak wiemy, polskie drużyny potrafią grać jedynie z kontry.

Na meczu nie mogło zabraknąć rzecz jasna fajerwerków taktycznych, technicznych oraz stadionowej pirotechniki. W ogniu stanęła tęcza na Placu Hipstera, odrestaurowana parę dni temu nakładem ponad 60 tysięcy srebrników oraz kilka samochodów. Były race i stroboskopy. Co ciekawe, w tym roku wszystkie wozy transmisyjne autokary TVNu ocalały. Na fali euforii i entuzjazmu przeprowadzono atak na przedstawicielstwo kolejnej wrogiej drużyny - ambasadę Rosji. Wobec dobrej postawy w defensywie przedstawicieli Policji, nie udało się niestety zdobyć budynku rosyjskiej ambasady, której przedstawiciele w pośpiechu zbiegli do szatni.

Z biegiem gry ataki Narodowców były coraz bardziej rwane i chaotyczne. Policja zdominowała środek pola, dzieląc drużynę na dwie części. Jak się potem miało okazać, był to klucz do sukcesu. Kapitalna postawa Niebieskich w defensywie, mówiąc kolokwialnie "zabiła mecz". Ustawili tyralierę odgradzającą przejście w kierunku Ursynowa, tym samym znacząco zawęzili pole gry. To był początek końca drużyny Narodowców, która rozbita i podzielona nie była w stanie przegrupować szyków.

Mimo, iż emocje niczym z La Bombonera udzielały się obu stronom, na szczęście obyło się bez ofiar. Kilku przedstawicieli Policji odniosło drobne urazy, co w porównaniu z latynoskimi derbami nie jest niczym szczególnym. Zatrzymano także kilku fanów gości. Na koniec głos zabrał Donald, prezes federacji, po raz kolejny ogłaszając politykę zero tolerancji dla chuligaństwa na stadionach.

I tak rok po roku. Wielkie Derby Polski to nie mecz Lech-Legia. Wielkie Derby Polski rozgrywają się 11 listopada. Na koniec trochę powagi. Wydarzenia celnie podsumował to na Twitterze Wojciech Kowalczyk: "Co może zrobić jedna brzoza? Wystarczy zobaczyć Warszawę".

PS. Na koniec Pan, który wygrał wczoraj Internet:



Joe Hart daje zwycięstwo Chelsea. Twitter szybko i bezlitosnie odpowiada.

No Comments »



Co tam Gran Derbi, w Anglii to się dopiero dzieje. Jak wiadomo, znalezienie dobrego golkipera wśród przedstawicieli tej piłkarsko zasłużonej nacji graniczy z cudem. Nawet słynny David Seaman był tak słynny, że najbardziej słynął z podobieństwa do Marka Pierkarczyka z wczesnego TSA oraz...

Właśnie. Sorki, David.
Swoją drogą - wiecie, że ta bramka padła ponad dziesięć lat temu?

No, ale do tematu. Ostatnim "najlepszym z najgorszych", czyli angielskim numerem 1. w bramce jest Joe Hart. Ten z kolei słynie z tego, że jest kiepskim bramkarzem, jak każdy angielski bramkarz nr 1. Dziś w derby nowobogackości Chelsea - Manchester City miał jednak swoje opus magnum. Mecz właśnie dobiegał końca, utrzymywał się wynik 1:1, gdy nagle nadszedł doliczony czas gry i...


Nie wiem, czy winić za to Harta, czy może bardziej Nastasic'a. Ale internet, jak to internet - wie swoje. Zaraz po meczu na Twitterze powstał hashtag  
a pod nim:

Pierwszy rzucił mi się w oczy taki klasyk.

Nie ma internetu bez kotów.
Wiadomo, czarni bronią gorzej...
Ten tutaj na pewno nie dałby się tak wydymać.
A jeśli to Cię bawi...
...to jesteś złym człowiekiem.
Wciąż pojawiają się nowe, a internetom pomysły, jak wiadomo, się nie kończą. 
@mr_zubr

Jak tam weekend?

No Comments »

Uff, to był bardzo intensywny piłkarsko weekend. Debiuty gwiazd sprowadzanych na ostatnią chwilę, wysokie wyniki... Aż prosi się o kilka słów osobnego, podsumowania. Oto i jest - subiektywny wybór najważniejszych momentów minionego weekendu w europejskim futbolu.


Niemcy

Borussia Dortmund - Hamburger SV 6:2

Hokejowy wynik i wysokie zwycięstwo gospodarzy, choć emocje były aż do 65. minuty, kiedy to Borussia wyszła na prowadzenie 3:2 i już nie dała go sobie odebrać. Ciekawostką meczu jest to, że bardzo szybko doszedł do siebie Robert Lewandowski. Nie mógł zagrać z San Marino z powodu urazu, a tu już pełne 90 minut, dwie bramki i asysta. Brawo, Panie Robercie!

Włochy

Torino - Milan 2:2, debiut Kaki

Matko, jaki ten Milan słaby. Więcej szczęścia, niż piłki nożnej. Zadebiutował po powrocie Kaka, która postanowił jeszcze pograć w piłkę i zakończyć karierę konserwatora ławek w Madrycie. Zadebiutował i…tyle, no.


Hiszpania

Barcelona - Sevilla 3:2

Słabo grają na starcie sezonu hiszpańskie kolosy. Barca straciła bramkę na 2:2 w 90. minucie spotkania a zdołała wyjść na prowadzenie w doliczonym czasie gry. A nawet po. Zagrała jednak słabo, jedynie Neymar wykazywał jakąkolwiek większą ochotą do gry w piłkę. Bardzo kontrowersyjna okazała się postawa arbitra, co wywołało wiele ciekawych wypowiedzi w mediach.



Villareal - Real Madryt 2:2, debiut Garetha Bale'a

Jeszcze słabiej zaprezentowali się "Królewscy, którzy w sobotę stracili pierwsze punkty. Mimo przybycia Człowieka-fortuny, Real prezentuje się równie kiepsko, co przed transferem Walijczyka, a może jeszcze gorzej. Strzelona bramka w debiucie to na pewno fajna sprawa, ale gra Królewskich wyglądała, jakby Ancelotti chciał grać atak pozycyjny, a prezes Perez w ramach kawału sprowadził mu skrzydłowego w miejsce klasycznej "10" - jednej z najlepszych na globie. Tymczasem, jeśli ktoś grał ułożony atak pozycyjny, to Villareal. Z taką formą i taką grą Real nie ma czego szukać w rywalizacji z Barcą w kraju i całą resztą w Europie. Poszukiwany za to jest Karim Benzema. Ostatni raz widziano go na początku meczu na Madrigal. 

Podsumowując - bramki dla "blancos" zdobyli dwaj najdrożsi gracze świata, ale nie były to gole w jakimś pięknym stylu; bliżej im do bramek Inzaghiego. Ponadto Cristiano przedłużył kontrakt, a Casillas nadal grzeje ławę. Nic elektryzującego.

Anglia

Manchester United - Crystal Palace 2:0, debiut Fellainiego 

Zerowy opór gości - to, że ManU wygrał tak nisko z takim słabeuszem, pachnie kryminałem. Za to ozdobą spotkania był gol Rooneya z rzutu wolnego. Cudo. Udany debiut Fellainiego, który miał nawet szansę bramkową. Byłaby taka bramka, jakie powinni zdobywać defensywni pomocnicy, czyli bomba z dystansu. Wydaje się, że jeszcze będą w United mieli pociechę z Belga.

Sunderland - Arsenal 1:3, debiut Mesuta Özila

Özil, Özil i jeszcze raz Özil. Wszyscy to samo. Jakby w Arsenalu nie biegał po boisku nikt inny. Prawda, debiut udany. Prawda, była asysta i jeszcze parę fajnych dograń. Ale za to temu panu płacą i po to kosztował tyle, ile kosztował (jak na ten klub kwota wręcz nierealna). Że rozgrywający z niego fantastyczny, wiadomo nie od dziś. Dziennikarze mówią, że Giroud może być Królem Strzelców, mając Niemca za plecami. Benzema też miał i od kilku lat nie może znaleźć formy, którą zgubił gdzieś podczas podróży z Lyonu do Madrytu.. Jeśli ten występ coś pokazał, to tyle, że jak ktoś jeszcze twierdzi, iż filigranowi gracze nie mają czego szukać w Premier League, to nie ma pojęcia o życiu.


Ps. W Polsce najbardziej zapadły w pamięć wysokie zwycięstwa Legii z Koroną i (zwłaszcza) Jagielloni z Ruchem. Do tego bardzo dobrze, że Śląsk ograł Lecha. Dlaczego dobrze? Pamiętajmy, że obie te drużyny reprezentowały przed chwilą w Europie m.in. Ciebie, mnie i Twoją dziewczynę oraz babcię. Pamiętajmy, jak to robiły.







Era futbolowego Twittera w Polsce

No Comments »


Na Zachód od Odry Twitter to bardzo popularne narzędzie komunikacji w obrębie środowiska piłkarskiego. Tweetują piłkarze, kluby, trenerzy, prezesi, menedżerowie, dziennikarze. Serwis ten umożliwia dyskusje oraz błyskawiczną wymianę informacji. Chcesz wiedzieć co aktualnie piszczy w neapolitańskiej trawie? Nic prostszego. Wystarczy śledzić charyzmatycznego prezesa Aurelio De Laurentiisa, który właśnie na Twitterze informował na bieżąco o postępach negocjacji z Albiolem, Higuainem czy Reiną. To tylko pierwszy z brzegu przykład z ostatnich dni.

Na Zachodzie Twitter to niemal obowiązkowy element piłkarskiej społeczności. W Polsce pod tym względem wiele jeszcze nam brakuje, aczkolwiek coś w temacie zaczyna się ruszać. Wielu dziennikarzy sportowych ćwierka już od dawna. Szlak ku temu przetarł Michał Pol. Obecnie możemy porozmawiać m. in. z Mateuszem Borkiem, Przemysławem Rudzkim, Piotrem Koźmińskim czy Krzysztofem Stanowskim. To tylko nieliczni. Pełna lista znajduje się poniżej:


Aktywnym użytkownikiem Twittera jest również prezes Boniek i od niedawna wiceprezes Kosecki (OOO! Pracujemy!):



Często ćwierka Jakub Rzeźniczak, Grzegorz Krychowiak, Kamil Glik czy Thomas Phibel. Staje się to coraz bardziej popularne wśród naszych rodzimych kopaczy gały. Na portalu obecne są również redakcje TVP Sport, Orange Sport, Weszło czy Canal+.

Twitter umożliwia nam otrzymanie informacji z pierwszej ręki, jeszcze ciepłych, nierzadko ekskluzywnych. Przykład: podejrzenie Macieja Szczęsnego o gwałt czy transfer Henrika Ojaamy do Legii rozpalały polskiego Twittera na kilka godzin przed ukazaniem się tych newsów w ogólnopolskich portalach.

Twitter informuje również o wydarzeniach, konkursach czy aktualnych transmisjach. Dostarcza także sporą dawkę humoru. W tym przypadku przoduje ironiczny profil naszego byłego selekcjonera, który, sądząc po wpisach, również nie był miękkim chujem robiony:



Bardzo dobrym pomysłem jest równoległe śledzenie wydarzeń sportowych w telewizji i na Twitterze. Pozwala to na nie tylko skonfrontować nasze opinie z opiniami innych w toku merytorycznej dyskusji, ale także ubawić się po pachy:




Czasami jesteśmy świadkami ostrych polemik, jak ta między dziennikarzem Mateuszem Borkiem a Cezarym Kucharskim, managerem naszego Lewandinho:




Generalnie dzieje się, oj dzieje się. A będzie jeszcze ciekawiej. Jeśli nie masz jeszcze konta, nic prostszego. Kilka kliknięć i już możesz ćwierkać, followować i trollować innych.

Chcesz pogadać o piłce? Zapraszamy!

Wawrzyniak i dlaczego Wawrzyniak

2 Comments »


Średnio raz w miesiącu na głowę Rumianego (co jechał na wiśniówkę) wylewany jest kubeł pomyj. Nie przeczę, nie są one do końca bezpodstawne. Aczkolwiek dość łatwo we współczesnym świecie zatarciu ulega różnica między krytyką a krytykanctwem. Wawrzyn a.k.a Warzywniak ma na sumieniu wiele grzechów, zarówno tych legijnych jak i reprezentacyjnych. Tu się spóźni, tam poślizgnie. Ewentualnie jakieś radosne ole! między nogami w wykonaniu amatora. Za to właśnie zbiera srogie baty na od kibiców i dziennikarzy.

Przed Legią najważniejszy dwumecz sezonu. Sukces zapewni piękną warszawską jesień w europejskich pucharach. Rywal nie jest drużyną pokroju Celticu czy FC Basel, jednak swoje już w piłce ugrał. Molde to nie ogórki uprawiane przez 'mordercę o twarzy dziecka' (1). Na dodatek skandynawski styl nigdy wybitnie nam nie leżał.

Na legijnych forach właśnie rozgorzała dyskusja, kto powinien zagrać po lewej stronie warszawskiego bloku obronnego. Wawrzyniak czy Brzyski. Dla mnie ta dyskusja jest, co do meritum, bezsensowna. Nie wyobrażam sobie, aby Jan Urban w meczu, bądź co bądź kluczowym, wystawił na boku obrony skrzydłowego. Tomasz Brzyski to nie obrońca, to skrzydłowy, notabene dość niezły. Idąc tokiem rozumowania niektórych dziennikarzy można dojść do wniosku, że równie dobrze na tej pozycji może zagrać Michał Żyro. Tylko gdzie tu sens, gdzie logika. Klucz do sukcesu to obrona i raz jeszcze obrona. Nie Częstochowy, lecz ta mądra, z dala od szesnastki, w wykonaniu całego zespołu. Kluczowe aspekty gry obronnej, takie jak odbiór, krycie, zgranie czy też ustawienie, są po stronie Wawrzyniaka. Za Jakubem przemawia również doświadczenie uzyskane w meczach Ligii Europy oraz reprezentacji Polski.

W Norwegii Legia z całą pewnością nastawi się na kontrę. Ważne będzie zagranie na zero z tyłu i wyprowadzenie chociaż jednego ciosu. Nie wyobrażam sobie, aby po lewej stronie w meczu, gdzie mamy zachować czyste konto, zagrało dwóch skrzydłowych. Wawrzyn jaki jest, taki jest, ale to nadal czołowy lewy obrońca nad Wisłą.  Trzeba zaakceptować sytuację taki stan rzeczy. I trzymać kciuki, aby w dwumeczu z Norwegami wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności.

Poniżej Wawrzyniakowa klasyka!

1) Wiśniówka



2) Grajcie na Wawrzyniaka



(1) Ole Gunnar Solskjær - pseudonim ten zawdzięcza niesamowitej skuteczności oraz twarzy przypominającej oblicze dziecka.

Quo vadis Anglio?

No Comments »


W Turcji, niejako w cieniu Pucharu Konfederacji, odbywają się Mistrzostwa Świata do lat 20.  Życie nauczyło nas, aby na piłkę młodzieżową spoglądać z dużym dystansem. Przeskok od juniora do seniora jest dużym wyzwaniem dla młodych piłkarzy. Temat rzeka na rozprawę doktorską, ale nie o tym dziś.

Anglicy znaleźli się w grupie E mistrzostw świata U-20. Rywale na kolana nie rzucali, byli zwyczajnie słabi, do wciągnięcia nosem – Chile, Irak i Egipt. Na papierze młodzi Synowie Albionu powinni rozklepać delikwentów między jednym melanżem a drugim. To tylko teoria, praktyka sprowadziła Anglików na ziemię:

Anglia – Chile 1:1
Anglia – Irak 2:2
Anglia – Egipt 0:2

Ostatnie miejsce w grupie. Zdobycz punktowa: 2. Bilans bramkowy 3-5. Klęska.

Klęska bezapelacyjna. Ale czy jest to tylko wypadek przy pracy? Nie. To stały trend. Wszystkie reprezentacje Anglii (A, U-19, U-20, U-21) rozegrały w 2013 roku jedenaście meczów o punkty. Wygrały tylko dwa: z San Marino (A) oraz Szkocją (U-19). To nie przypadek. Angielski futbol się nie rozwija, on się zwija i to w szybkim tempie (vide ME U-19 w Izraelu zakończone na ostatnim miejscu w grupie). Spójrzmy na kadrę „bohaterów” z Turcji. Przynależność klubowa robi wrażenie. Nie są to kluby pokroju Notts County czy Yeowil Town, ale MU, Everton, Liverpool, Arsenal, Tottenham.

Co będzie dalej? W lipcu rozpoczynają się Mistrzostwa Świata U-19. Czyżby kolejny wpierdol? Tym razem niekoniecznie. Lwy nie jadą na tę imprezę, gdyż w eliminacjach zostali wyprzedzeni przez Gruzję. W obecnych eliminacjach do brazylijskiego Mundialu Anglicy też nie rzucają na kolana. Glenn Hoddle na antenie BBC Sport już teraz radzi rodakom, aby skupić się na Mistrzostwach Starego Kontynentu w 2016, a nie na przyszłorocznym czempionacie. Skąd my to znamy.

Czy przyszłość angielskiego futbolu rysuje się jedynie w czarnych barwach? Wiele na to wskazuje. Jest jednak na Wyspach człowiek, który jeśli podejmie się misji, jest w stanie wyprowadzić angielski futbol z marazmu i stagnacji. Niebawem kilka słów o nim.

PS. Pierwsza bramka z meczu Anglia - Egipt. Świetny techniczny strzał. Autorem Trezeguet. Nie David a Mohamed Hassan. 

Waldek King ma swoje racje.

No Comments »


 
Fornalik bronił się po meczu z Mołdawią:

- Dlaczego mam się podać do dymisji? Stawiam na młodych zawodników
(no stawia – fakt), wprowadzam ich do zespołu. To, co się dzieje, nie zniechęca mnie do pracy, tylko mobilizuje (to miło). To, że nie wygraliśmy, nie znaczy, że nie mieliśmy pomysłu (jak mawia klasyk – „pomysł dobry, gorzej z wykonaniem“). Brakło odrobiny umiejętności i zimnej głowy pod bramką rywala (ale walczyliśmy, to się liczy). Mamy mocarstwowe ambicje, stawiamy się na równi z Anglią czy Niemcami, a nimi nie jesteśmy (prawda, nie jesteśmy). Nie wyszło nam Euro, musimy zmieniać drużynę i ja to robię (no, na przykład nie ma w niej już Obraniaka).

Nie ma racji? Ma. Rację może ma też prezes Boniek, twierdząc, że żaden trener nie zrobi z naszych kopaczy mega ekipy z dnia na dzień. Może trzeba dać Fornalikowi czas? Może nauczy w końcu Lewego, jak strzelać w biało-czerwonej koszulce?

No dobra, bez jaj.

Nie wiem, czy nowy trener pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Przez rok pracy Fornalika nasza kadra nie zrobiła ani jednego kroku do przodu, raczej przeciwnie. To idealny moment na zmianę – właśnie przerżnęliśmy eliminacje do Mundialu, zacznijmy budować nową drużynę. Nie muszę dodawać, że trener powinien być zza granicy.

Drogi czytaczu, wyobraź sobie, że jesteś… Robertem Lewandowskim. I że właśnie wszedłeś do szatni na przerwę meczu z Mołdawią przy wyniku 1:1. I w takim momencie trener Fornalik zabiera głos (swoją drogą ciekaw jestem co im powiedział, że po przerwie grali jeszcze gorzej). Co sobie myślisz w tej chwili? Jestem pewien, że ja miałbym siłą rzeczy choćby zalążek myśli w rodzaju: właśnie skończyłem sezon w którym grałem w finale Ligi Mistrzów, strzeliłem cztery bramki w jednym meczu Realowi Madryt, a w całym sezonie łupnąłem ich więcej, niż Messi, wyprzedził mnie tylko Ronaldo. Zdobyłem wicemistrzostwo Niemiec i prawie, prawie zostałem Królem Strzelców Bundesligi. A pan… Kim pan jest?
A to wszystko po to, by na słowa trenera odpowiedzieć: może pan powtórzyć? Zamyśliłem się. 

Waldemar I Bezradny
 

Nierówno ma pod sufitem, kto nie chce Obraniaka w kadrze

No Comments »


Jak wiemy od zeszłego tygodnia, Ludovic Obraniak zrezygnował z gry w kadrze „dopóki Fornalik będzie trenerem”.


„I dobrze – mówicie – nie nauczył się języka, choć gra w kadrze od kilku lat!” Ano, nie nauczył się i też tego nie rozumiem. Ale samą decyzję już jak najbardziej. Niewielu ostatnio go w tej kadrze chciało, nie oszukujmy się. A ja na tę medialną nagonkę patrzyłem z obrzydzeniem. Obraniak to nie Boenisch, Polanski, czy Perquis, za którymi biegał selekcjoner Smuda i błagał, żeby przypomnieli sobie o swoich polskich korzeniach. Obraniak to nie Olisadebe, któremu prezydent wręczył paszport w przyspieszonym tempie, przy aplauzie opinii publicznej, po to, by został zbawicielem kadry. On sam pamiętał o swoich korzeniach i musiał wystać swoje w urzędach, aby paszport otrzymać. A, że w kadrze Francji zagrać nie miał szans? To mnie akurat gówno obchodzi. Bardziej mnie interesuje, że klasycznej „10” o takim potencjale w kadrze nie mieliśmy dawno i długo jeszcze mieć nie będziemy. Ba, nie mamy nawet teraz nikogo, kto strzeli z wolnego, czy dorzuci z narożnika. No, ale, ale. Co Obraniak dostaje za starania o polskie obywatelstwo? A to, że gra w zremisowanym meczu z Anglią, gra nieźle, ale nagle selekcjoner słyszy w telewizorze, że prezesostwo PZPN Obraniaka nie lubi, bo to Francuz, lis farbowany. Więc na ławkę go, bo tak.

Jak tak można?! – pyta zdziwiony wiceprezes Kosecki. I podaje swój chlubny przykład: ” Zawsze byłem z reprezentacją na dobre i złe. Nawet wtedy, kiedy lekkomyślnie zachowałem się po meczu ze Słowacją, deklarując, że nie chcę grać w drużynie narodowej. Następnego dnia przeprosiłem wszystkich za ten nikomu niepotrzebny głupi gest. Biało-czerwona koszulka, orzełek na niej, hymn narodowy grany przed meczem, to wartości, których - jako reprezentant Polski - nigdy się nie wyrzekłem.”* Masz rację Romku, ale ty nie zgłosiłeś się do reprezentacji kraju swojego dziadka, nad którą wyrastałeś poziomem i nie zostałeś nazwany przez piłkarskie władze „panienką”. Cóż, dla mnie wciąż Obraniak to piłkarz większego nieco formatu, niż nasza kadra, a na pewno jego piłkarski kunszt jest większy, niż trenerski Smudy i Fornalika. Że Obraniak zakończył grę w kadrze z zerową liczbą zwycięstw w meczach o punkty? Cóż, to bilans całej drużyny, a nie jednego piłkarza. I winnych szukałbym raczej na ławce trenerskiej, niż na boisku. Jak to jest, że personalnie mamy najlepszą kadrę od lat (Obraniak, trójka z Borussi i jeszcze kilku innych, to naprawdę mocna ekipa), a wyniki żadne i kompromitacja na Euro u siebie? A propos Euro – Obraniak na skrzydle?! Smuda zeszłego lata zdecydowanie zbyt długo opalał się na słońcu.

Prezes Boniek w mediach też swoje dla odejścia Obraniaka zrobił. Teraz mówi: „Powiedziałem (…), że jednym z głównych problemów reprezentacji Polski jest brak w kadrze klasowego rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia.”** Cóż, wydaje mi się, że dzięki ucieczce Obraniaka wcale nam w kadrze tego rozgrywającego nie przybyło.

"Sio, sio!"
_______________
*- za tvn24.pl
** - za wp.pl
fot.: wp.pl