Pokazywanie postów oznaczonych etykietą f.c. barcelona. Pokaż wszystkie posty

Leo, proszę, odejdź z Barcelony!

1 Comment »

Źródło

Czytam sobie właśnie, że madrycki "AS" rzuca grubego newsa: oto Barca rozważa pozbycie się swojej ikony, Leo Messiego, i to jeszcze tego lata, zaraz po brazylijskim Mundialu. Brzmi to niemal jak tekst "Faktu"/"Superexpressu" o jagodziance przeznaczenia lub czajniku śmierci. Ot, bzdura wyssana z palca, zwłaszcza, że AS w całej tej hiszpańskiej wojnie futbolowej zawsze był po stronie Realu Madryt. Wiadomo, katalońska prasa rozpuszcza pierdoły na temat "Królewskich", madrycka pisze bzdury o "Dumie Katalonii". Z jednej strony nie chce mi się w to wierzyć, z drugiej - jestem w stanie sobie wyobrazić odejście Leo z Barcy. Zwłaszcza za rok, gdyby - pod nowym trenerem - kolejny sezon miał tak słaby, jak ten.

Niby bzdet, zapewne dziennikarska prowokacja, może chęć jeszcze większego popsucia atmosfery na Camp Nou przez dziennik z Madrytu. Ale, gdy wczytuję się w to bardziej, argumentacja "ASa" okazuje się być całkiem sensowna. Jak nie wiadomo, o chodzi, to chodzi o kasę. Messi negocjuje nowy kontrakt i chce dostawać górę złota, która uczyni go najlepiej zarabiającym kopaczem w galaktyce. Włodarze klubu z Katalonii patrzą na jego grę i zastanawiają się, czy to się w dłuższej perspektywie opyla. Zamiast płacić górę złota Messiemu, który może już nie wrócić na swój dawny poziom, można przecież go sprzedać i jeszcze rzeczoną górę złota przytulić. Znaleźliby się chętni z odpowiednimi zasobami, wszak mamy w europejskiej piłce erę petrodolara i kluby z opcją "sugar daddy".

No i ja bardzo, bardzo chciałbym, żeby Messi z Barcelony odszedł, i to jak najszybciej. Bynajmniej nie dlatego, że źle im życzę. Moje marzenie wynika raczej z potrzeb bezstronnego obserwatora. 

Barcelona to dom Messiego, ale w przeciwieństwie do np. ciągle głodnego sukcesów Liverpoolu Gerrarda, Argentyńczyk wygrał w Katalonii wszystko. WSZYSTKO. I to kilkukrotnie. Może zmiana klubu okazałaby się tym stymulantem, którego znudzony hiperpiłkarz potrzebuje teraz najbardziej? Nigdy nie bolała mnie mania nazywania Messiego piłkarzem wszech czasów, choć to temat do dyskusji, która pewnie nie ma rozwiązania. W każdym razie, czy nie byłoby fascynujące obserwowanie kogoś takiego jak Lionel Messi w zupełnie nowej rzeczywistości, w nowym otoczeniu, w innej lidze? Jak dla mnie brzmi dobrze. Ta niepewność - skończył się, czy nie? Czy wciągnie swój nowy klub na piłkarski Everest, czy może nigdy nie będzie już TYM wielkim Messim, który w Barcelonie zdobył wszystko, co do zdobycia miał i jeszcze trochę więcej?

Kiedyś twierdziłem, że Guardiola nie sprawdzi się w żadnym innym klubie, niż Barcelona - na razie wygląda na to, że się myliłem. W wypadku Messiego nie odważę się na przewidywania, ale jeśli news "AS'a" okaże się zawierać chociaż ziarenko prawdy... Nie mogę się doczekać :)

Trenerska karuzela na szczycie Europy

No Comments »



W tym roku bardzo modne okazuje się abdykowanie. Tak, Ferguson nie odchodzi - on abdykuje. Co więcej można napisać, skoro w mniej niż dobę napisano już wszystko? Od lat (a może i nigdy) niczyje zakończenie kariery nie znaczyło tyle w futbolu. Koniec epoki, koniec ery, koniec świata – takie nagłówki i opinie przewijają się w mediach. Co to jednak oznacza na rynku pracy trenerów piłkarskich z najwyższej półki?

Tyle plotek i spekulacji nie było w mediach dawno. Mam wręcz wrażenie, że mało kogo interesuje wynik finału Ligi Mistrzów, tyle mówi się o transferach. Najpierw wszyscy chcieli nasze złoto, futbolowy skarb narodowy („leć, Robert leć” słyszę uszami wyobraźni), ale wszystko troszeczkę ucichło, po tym jak Lewy nie dobił Realu w półfinale LM, skończył snajperską serię w Bundeslidze i zmarnował rzut karny z Bayernem. Potem okazało się, że Juventus chce naczelnego biletera PZPN, Kubę Błaszczykowskiego. Ogólnie, w BVB klimat jak w telezakupach Mango. Do tego dochodzi Barca i Real  - kim się wzmocnią, a kogo pożegnają? Wszak jedni i drudzy praktycznie skończyli już sezon i na pewno czują niedosyt. Ale nie o piłkarzach miało być, a o trenerach.

Wydaje mi się, że Pep Guardiola pluje sobie w brodę, że już klepnął sobie posadę w Bayernie, gdy tu nagle zwalnia się taki kąsek. Mourinho podobnie, o ile rzeczywiście przesądzona jest kwestia Chelsea. Nie ma teraz większego prestiżu w trenerskim światku, niż zajęcie posady po sir Fergusonie na ławce Czerwonych Diabłów. Nie ma i już. No, a jest jeszcze Klopp – jeśli Borussia zostanie zdemolowana transferami, ten sympatyczny Niemiec (tak, da się tak pisać i mówić) może tego nie wytrzymać. No i jest… Heynckes, który odchodzi z Bayernu.

Szkoda mi gościa. A jednocześnie go podziwiam. Od stycznia wiedział, że po sezonie nie będzie trenował Bayernu. I oto zdobywa z tą ekipą wszystko, co jest do zdobycia (najprawdopodobniej, bo w finale krajowego pucharu, jak i LM Bayern będzie faworytem), bijąc po drodze wszystkie rekordy, które są do pobicia. Szkoda gościa i być może szkoda też będzie kibiców Bayernu, i być może szkoda też będzie następcy. Yupp Heynckes zbudował w Monachium wielką drużynę z potencjałem na lata. Co zrobi Guardiola? Da radę to kontynuować? Czy będzie zaszczepiał tiki-takę? Będę uważnie obserwował. 

Barcelona to dom Guardioli, Guardiola to człowiek Barcelony. Idealnie pasował do klubui jego filozofii, a drużyna pasowała do filozofii Guardioli. Każdy trybik w tej maszynie był na swoim miejscu. Wielu twierdziło, że Barca to samograj, w tym sezonie okazało się, że Pep był niezbędną częścią tej machiny do zwyciężania. Szczerze, zawsze ciekawiło mnie, jak poradzi sobie w innym wielkim klubie, teraz wreszcie będzie okazja. Gdybym miał przewidywać, daję mu 30% szans na sukces. Dlaczego tak niewiele? Przede wszystkim dlatego, że Bayern to nie Barcelona. Obawiam się, że Guardiola będzie na swoją modłę starał się poprawiać to, co dobre. A nawet jeśli nie będzie kazał Bawarczykom grać tysiącem podań, to pamiętajmy, że La Masii w Monachium nie ma. A transfery (prędzej, czy później jakieś będą) nie są mocną stroną Hiszpana. Pomijając już głośne przykłady Zlatana i Czyhrynskiego – mówią wam coś nazwiska Keirisson i Henrique? Większość sezonowców Barcy nawet o nich nie słyszała, a kosztowali w sumie prawie 30 mln euro. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

A Heynckes? Może by tak Real?


Kibice Barcelony jak PiS

8 Comments »


Polska scena polityczna zasadniczo dzieli się na PiS i na nie – PiS. Rolą tych pierwszych jest totalna kontestacja otaczającej rzeczywistości (Smoleńsk kurwo!), zaś rolą  drugich jest piętnowanie tych pierwszych. To troszkę zawiła konstrukcja myślowa będąca uproszczoną wizją polskiego politycznego bagna. Cechą wspomnianych PiSowców jest to, iż zawsze są przekonani o tym, iż zawsze mają rację, monopol na prawdę. Wszystkie racjonalne  argumenty się nie liczą. ‘To nasza Polska. To my Nią jesteśmy, a ty: lewaku, pedale, widzu  TVNu, czytelniku Wyborczej – wypierdalaj!’ Do grupy „Nie-Polaków” zaliczani są też zwykli ludzie nie interesujący się nawet w najmniejszym stopniu polityką. Ich problemy polega na tym, iż nie należą do prywatnego folwarku Kaczyńskiego. Są niegodni bycia Polakami.

Podobna sytuacja ma miejsce we współczesnej piłce nożnej. Piłkarskim PiSem są kibicie Barcelony.  Dla nich podział jest jasny i klarowny.  ‘My tutaj sobie w Katalonii uprawiamy futbol, a Wy? Parafrazując Małeckiego: Kim wy kurwa jesteście pedały?! Kibicami piłkarskimi? Nie, Przecież futbol to My.’

Powiesz coś złego o ich klubie – ‘stary, nie wiesz co czynisz, Ty się nie znasz, Ty jesteś zerem, debilem, etc. Kumasz?’ Retoryka Kaczyńskiego sprowadzona na karczemny grunt. ‘Jesteś albo z nami (Barceloną), albo jesteś nikim. Wybieraj chłopcze. Acz uprzednio dobrze się zastanów.’

Dwa koronne tematy dysput katalońsko – resztoświatowych to symulanctwo i szeroko rozumiane pedalstwo. 
  • O tym, iż symulowanie jest totalnym futbolowym dnem wie każdy kibic. Jednak nie każdy jest w stanie potępić czyn ten w wykonaniu zawodnika własnej drużyny. A już w wykonaniu kibica FCB  jest tak prawdopodobne jak atak kosmitów. Przydałoby się czasami trochę ę krytycznego spojrzenia na własne podwórko. Wiadomo – wielu piłkarzy symuluje, ale to nie znaczy, by usprawiedliwiać takie czyny w wykonaniu piłkarzy ukochanej drużyny. Jakoś nie spotkałem się ze stanowczym potępieniem własnych piłkarzy przez katalońskich kibiców. Czasem może warto spojrzeć na to krytycznie.

    Może problem FCB polega na tym, że owe rymulki mają miejsce wtedy, gdy cały świat patrzy. Patrz: Sergio Busquets w półfinale z Interem. Chyba nie bez przyczyny doczekał się profilu na Filmwebie

  • Drugi temat to pedalstwo, gejostwo i pizdeczkowatość. Wszyscy kibice FCB szydzą z Cristiano Ronaldo. Ok – można się pośmiać, tym bardziej, że CR7 często daje ku temu powody. Ale zauważcie też jakich twardych, męskich, charakternych zawodników posiada Barcelona. W indywidualnych statystykach Krystyna pewnie przebiłaby wszystkich, ale już w walce na męstwo z koalicją Pique, Pedro czy Villa nie miałby szans.

Uprzedzając obelgi pod tytułem madrycki Żyd i cerber Mourinho nadmieniam, iż nie jestem kibicem Realu Madryt. Jestem fanem piłki nożnej i to zarówno tej katalońskiej, jak i egzystującej poza nią. Owe refleksje płyną z głowy człowieka, który podchodzi do Gran Derbi jak do piłkarskiego święta, a nie odwiecznej wojny.  Są wynikiem obserwacji, dyskusji, wymiany poglądów z wieloma ludźmi, którzy ukochali nad życie najpiękniejszy sport na świecie – piłkę nożną.

Dlaczego Messi nie będzie piłkarzem wszech czasów?

1 Comment »

Argentyńczycy ponowne zawiedli w Copa America. Po remisie z Boliwią 1:1, znów zremisowali - tym razem bezbramkowo z reprezentacją Kolumbii. Te dwa wyniki dają podstawy, by wątpić w możliwości gospodarzy turnieju jeśli chodzi o zdobycie końcowego trofeum. A przecież przed turniejem byli murowanymi faworytami. Brazylię, która mistrzostwo Ameryki Południowej zdobywa ostatnio niemal seryjnie (w ostatnich pięciu turniejach raz tylko wygrała Kolumbia - gospodarz CA 2001), światowe media postrzegały jedynie jako drużynę, która może najwyżej pokrzyżować szyki Argentynie. Albicelestes zostali przez dziennikarzy niemal skazani na zwycięstwo. Tymczasem jak jest, każdy widzi: dwa mecze, dwa punkty, zerowy bilans bramek. Oczywiście, nic nie jest jeszcze przesądzone, niemniej szkoda - wszyscy spodziewali się więcej. Nie pomaga nawet obecność w drużynie Leo Messiego, najlepszego na dzień dzisiejszy piłkarza świata (globalna dyskusja: Messi czy Cristiano Ronaldo? Uważam, że obaj grają dziś w piłkę najlepiej na świecie, przy czym ten pierwszy jednak zawodzi rzadziej, no i przemawiają za nim indywidualne trofea). Nie bez przyczyny pogrubiłem "na dzień dzisiejszy". W tym sezonie jeden z moich znajomych powiedział: spójrz oglądamy właśnie Messiego, być może najlepszego piłkarza wszechczasów. Nie wydaje mi się.

Z czego kojarzymy Pelego? Z trzech wygranych Mundiali. A guru Messiego, Diego Maradonę? Ze złota i srebra na Mistrzostwach Świata? Zinedine'a Zidane'a? Również złoto i srebro Mundialu + zwycięstwo w Euro 2000. Kto będzie pamiętał o jego sukcesach klubowych za lat dwadzieścia? "Tygodnik Kibica"? Fakt, niektórzy jeszcze kojarzą Zidane'a z tego, że trenował algierskie sztuki walki na Marco Materazzim, ale pamiętajmy, że miało to miejsce jednak w finale Mundialu 2006.


Z czego będziemy pamiętać Leo Messiego za lat, dajmy na to, dwadzieścia, bądź trzydzieści? Coś mi się wydaje, że będą go wtedy wspominać jedynie prawdziwi fani F.C. Barcelony, której będzie niewątpliwą legendą. No i może jeszcze kibice Realu Madryt, z tego względu, że napsuł im tyle krwi. To bezdyskusyjne, że aby dopisać Argentyńczyka do grona wymienionych piłkarzy, należy poczekać na jego sukces na niwie reprezentacyjnej. Sukces, do którego to on tę reprezentację poprowadzi. Z tego punktu widzenia, lepszym zawodnikiem wydaje się być Ronaldo (ten prawdziwy, grubszy), którego karierę co prawda zniszczyły kontuzje i chorobliwa skłonność do tycia, ale przynajmniej zdobył Mistrzostwo Świata w Korei i Japonii w 2002 roku, został królem strzelców oraz najlepszym graczem tamtego turnieju.
O Messim, póki co, mówi się, że aby wygrał coś z reprezentacją, powinien na jej zgrupowania zabierać ze sobą Xaviego i Iniestę. A najlepiej jeszcze Villę i Pedro. Kiedy ci zawodnicy przestają go otaczać, oglądamy innego Messiego. Ten zawodnik, który potrafi strzelać całe ciężarówki bramek w klubie, w reprezentacji w 60 spotkaniach goli uciułał 16. Być może wynika to z tego, że selekcjonerzy Albicelestes nie potrafią dobrać taktyki pod naszego bohatera, ale pozwala również wysnuwać przypuszczenia, że Messi po hipotetycznym transferze do innego klubu również przestałby być TYM Messim. A najlepsi piłkarze w historii potrafili błyszczeć w każdej konfiguracji. Zidane był niekwestionowanym liderem reprezentacji, błyszczał również w Realu (gdzie jak wiadomo, nawet najjaśniejsze futbolowe gwiazdy nieraz gasły - choćby ostatnio Kaka). Z kolei Diego Maradona, którego Messi jest duchowym spadkobiercą, dwa razy potrafił ciągnąć samodzielnie przez całe Mudiale, aż do finałów (jeden z nich wygrywając) ekipy dość przeciętne, wygrywając mecze w pojedynkę, kiedy trzeba. Messiemu piłkarscy bogowie zesłali do pomocy takich tuzów jak Aguero, Tevez czy Higuain. I co? I nic.

A czas ucieka. Na najbliższych Mistrzostwach Świata w 2014 roku Messi będzie miał 27 lat. Zinedine Zidane grał z Francją w finale w wieku lat 34, ale pamiętajmy, że był on środkowym pomocnikiem, a jego fantastyczna gra była oparta przede wszystkim na technice. Messi również jest świetnym technikiem, ale w nieco innym, być może nowocześniejszym wydaniu. Piłka niesamowicie klei mu się do nogi przy rozwijaniu na boisku ponaddźwiękowych prędkości, dzięki czemu potrafi minąć kilku rywali nawet w kluczowym momencie (obliczono, że Messi i C. Ronaldo, to najszybciej poruszający się z piłką zawodnicy wszech czasów). Mając więc na uwadze największe atuty Argentyńskiego asa oraz fakt, że jest on przede wszystkim skrzydłowym (mimo gry teoretycznie na szpicy w Barcelonie), obawiam się, że najbliższe Mistrzostwa Świata mogą okazać się, jeśli nie ostatnią, to jedną z ostatnich okazji, aby Lionel Messi udowodnił, że należy mu się miejsce w najściślejszym piłkarskim panteonie. No chyba, że w okolicach trzydziestki zacznie przeobrażać się w playmakera, czego wcale nie można wykluczyć. Póki co jednak, grę Leo i całej reprezentacji Argentyny świetnie podsumowuje taki oto obrazek z ostatniego meczu z Kolumbią:

Liga Mistrzów. Dlaczego w finale będę kibicował Manchesterowi?

9 Comments »

1. Bo awans Barcelony uznaję za kontrowersyjny. Ja wiem, że mówienie o spisku to głupota. Ale pomyłki sędziów na rzecz Barcy pozostawiły niesmak. W pierwszym meczu Pepe powinien dostać żółtą kartkę zamiast czerwonej, a w rewanżu, od 47 minuty “Duma Katalonii” powinna przegrywać 0:1. Nie uważam, że to oznaczałoby, iż Real się podniesie i wyrówna stan dwómeczu. Równie dobrze to podrażniona Barca mogłaby strzelić bramkę albo i trzy. Ale gol Higuaina powinien być uznany i kropka. Takie jest moje zdanie i będę go bronił.

2. Bo piłkarze Barcelony symulują faule. We wspomnianej sytuacji z 47 minuty rewanżu na Camp Nou wcale najbardziej nie bulwersuje mnie decyzja sędziego. Mylić się jest rzeczą ludzką. Ale widzieliście, co zrobił Mascherano? Poczuł, że ktoś dotyka jego łydki, więc bez zastanowienia dał nura na murawę. A o tym, co we wcześniejszym meczu (nie wspominając o finale Pucharu Króla) wyczyniała cała reszta zawodników katalońskiego zespołu, chcę jak najszybciej zapomnieć. Nie dało się już oglądać tych ciągłych upadków Pedro, czy Busquetsa. Właśnie, czy jest na tym poziomie jakiś inny defensywny pomocnik, który jest takim mięczakiem, jak ten ostatni? Kończąc ten wątek dodam tylko, że w kwietniowym, czteroodcinkowym serialu pod tytułem: "Gran Derbi do usranej śmierci" ostatecznie padł według mnie romantyczny mit Barcelony, jako ekipy grającej zawsze najpiękniej i najczyściej pod słońcem.

3. Bo mam dość stronniczości w mediach. Wnerwiają mnie wypowiedzi takie, jak wczorajsze chrzanienie Wojtka Kowalczyka w studiu Polsatu. Bronił on decyzji sędziego o nieuznanej bramce dla Realu, tylko nie bardzo wiedział, jak jej bronić. Na końcu więc okazało się, że bramki nie ma i być nie powinno, bo taką dezycję podjął arbiter. Sam Roman Kołtoń nie mógł powstrzymać śmiechu, a Mateuszowi Borkowi aż zmatowiała fryzura. Mam również dość artykułów i komentarzy takich, jak TEN, gdzie mam wrażenie, że autor pisał jedną ręką, bo drugą właśnie się masturbował. Możnaby pomyśleć, że współczesna piła klubowa sprowadza się do rywalizacji dwóch drużyn. Jednej, która jest po jasnej stronie Mocy oraz na drugiej, którą dowodzi sam Lord Vader - Jose Mourinho.

4. Bo podziwiam Fergusona, być może najlepszego obecnie trenera na świecie. Niemal dwadzieścia pięć lat na stanowisku w jednym klubie. Rozglądając się we współczesnym futbolu - rekord wręcz niewyobrażlny. Poza tym, że SAF jako jedyny szkoleniowiec na świecie potrafił wyrobić sobie w klubie pozycję (popartą wynikami) taką, że wydaje się nie do ruszenia, jest coś jeszcze. Zadajcie sobie pytanie, ilu piłkarzy Manchesteru United uznajecie za gwiazdy? Takie prawdziwe, hiper-globalne gwiazdy, świecące na futbolowym nieboskłonie i rozpalające wyobraźnię milionów. No właśnie, Ferguson jednak umie zrobić coś z niczego, prawda? Natomiast Guardiola? Cóż, to co teraz napiszę będzie może lekko przerysowane, ale Barcelona radziłaby sobie bez trenera. Wychowankowie, na których opiera się drużyna, są od małego szkolnie w tym systemie, w którym gra pierwsza drużyna. Poza tym, Barca zawsze gra to samo. Z reguły mistrzowsko, prawda, ale zawsze to samo. To co napiszę teraz, będzie z kolei zupełnie serio - Guardiola nie poradziłby sobie w innym klubie. Jeśli zdobędze kiedyś Ligę Mistrzów z ekipą inną, niż Blaugrana, każcie mi to publicznie odszczekać.

5. Bo imponuje mi Ryan Giggs. Rocznik ‘73. Co prawda w reanżu na Old Trafford nie grał, ale w pierwszym meczu był bohaterem; zaliczył bramkę i asystę. Czy Messi albo Cristiano Ronaldo dożyją takiego wieku na boisku? Jeśli nawet, to raczej nie na takim poziomie. A tak w ogóle, widzieliście kiedyś, żeby Giggs nurkował? Ja też nie.

6. Bo “Czerwonym Diabłom” się chce. Dwumecz był praktycznie rozstrzygnięty, a oni wyszli na boisko rezerwowym składem i rozbili czarnego konia tej edycji Ligi Mistrzów 4:1. Bez widocznego wysiłku. Co prawda raz mogło im być gorąco; kiedy to Schalke zdobyło bramkę kontaktową. Ale to była chwila. Machester zaimponował mi sposobem gry, kontrolą nad meczem bez zbytniego przemęczenia się, tylko po to, by co jakiś czas dokonać zrywu, przyspieszyć i pokazać, kto na boisku rządzi. Zwykle takie przyspieszenie kończyło się piłką w bramce Neuera.



Ps. Po półfinałach najbardziej szkoda mi tego, że prawdopodobnie swoją przygodę z Ligą Mistrzów zakończyła jej żywa legenda - Raul Gonzalez. Wszak w przyszłym sezonie Schalke w tych rozgrywkach już nie uświadczymy.

Quo vadis, Jose?

2 Comments »

Uwielbienie od nienawiści dzieli cienka granica, co możemy obserwować na przykładzie Jose Mourinho i Realu Madryt. Jeszcze do środy mówiło się, jeśli nie o odrodzeniu potęgi Królewskich, to przynajmniej o powrocie na właściwe tory dzięki portugalskiemu szkoleniowcowi. Reakcje mediów na ostatnie wydarzenia, łącznie z wczorajszą porażką na Bernabeu z Realem Saragossa wyglądają raczej na zwiastuny... kryzysu. Cóż za nagły zwrot.

Nie będę tu cytował ostatnich medialnych wypowiedzi The Special One, bo każdy, kto jest choć trochę w temacie, dobrze wie, co się dzieje. Mianowicie - Jose ostro przegina. Jak chyba nigdy dotąd. Gdybym wiedział, że mówi, to co mówi szczerze, uznałbym go za idiotę. Idiotę, który w swoim doszukiwaniu się spisków przeciwko niemu dorównuje prezesowi Kaczyńskiemu, a być może nawet go przebija. Wydaje mi się więc, że Mou mówi o tych wszystkich zmowach z wyrachowania. Może ma to na celu zdjęcie presji z piłkarzy? Wyprowadzenie Barcy z rówowagi przed rewanżem? Wszak półfinał Ligi Mistrzów jeszcze nie rozstrzygnięty. Nie chciało mi się wierzyć, kiedy po wyniku 0:2 w pierwszym spotkaniu szkoleniowiec Realu publicznie pogrzebał szanse swojej drużyny na awans do finału. Po chwili dotarło do mnie: przecież to Mourinho - wygląda na to, że próbuje uśpić Katalończyków, sprawić, żeby stali się zbyt pewni siebie. Cóż, tonący chwyta się brzytwy. A że każdy inny trener w tej sytucji chwyciłby się brzytwy nieco innej, o ile w ogóle, to osobna kwestia.
Komentując publiczne wypowiedzi Jose Mourinho trzeba mieć na uwadze, że nigdy nie są one spontaniczne i szczere, ale obliczone na konkretny efekt. To wiemy od dawna. On doskonale zdaje sobie sprawę, że cała ta medialna otoczka ma niebagatelny wpływ na wynik sportowej rywaliacji. Jestem tylko ciekaw, czy dobrze na tym wyjdzie. Na razie wygląda na to, że może jednak dużo stracić. Podpadł już nie tylko rywalom, ale też władzom Realu, a także jego kibicom. Ba, nawet Cristiano Ronaldo publicznie skrytykował taktykę, jaką Mou wybrał przeciw Barcy. Za zresztą nie zagrał przeciw Saragossie. Przed sezonem portugalski szkoleniowiec zapowiadał, że aby odnosić sukcesy, potrzebuje dwóch sezonów. Znając zapędy i oczekiwania władz Realu - może tyle nie dostać. Czy mimo to powinien? Moim zdaniem tak, bo kolejna zmiana trenera w madryckiej ekipie spowoduje, że stabilizacja, która jest temu klubowi potrzebna najbardziej, szybko nie nadejdzie.