| Źródło |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą f.c. barcelona. Pokaż wszystkie posty
Leo, proszę, odejdź z Barcelony!
Trenerska karuzela na szczycie Europy
Tyle plotek i spekulacji nie było w mediach dawno. Mam wręcz wrażenie, że mało kogo interesuje wynik finału Ligi Mistrzów, tyle mówi się o transferach. Najpierw wszyscy chcieli nasze złoto, futbolowy skarb narodowy („leć, Robert leć” słyszę uszami wyobraźni), ale wszystko troszeczkę ucichło, po tym jak Lewy nie dobił Realu w półfinale LM, skończył snajperską serię w Bundeslidze i zmarnował rzut karny z Bayernem. Potem okazało się, że Juventus chce naczelnego biletera PZPN, Kubę Błaszczykowskiego. Ogólnie, w BVB klimat jak w telezakupach Mango. Do tego dochodzi Barca i Real - kim się wzmocnią, a kogo pożegnają? Wszak jedni i drudzy praktycznie skończyli już sezon i na pewno czują niedosyt. Ale nie o piłkarzach miało być, a o trenerach.
Wydaje mi się, że Pep Guardiola pluje sobie w brodę, że już klepnął sobie posadę w Bayernie, gdy tu nagle zwalnia się taki kąsek. Mourinho podobnie, o ile rzeczywiście przesądzona jest kwestia Chelsea. Nie ma teraz większego prestiżu w trenerskim światku, niż zajęcie posady po sir Fergusonie na ławce Czerwonych Diabłów. Nie ma i już. No, a jest jeszcze Klopp – jeśli Borussia zostanie zdemolowana transferami, ten sympatyczny Niemiec (tak, da się tak pisać i mówić) może tego nie wytrzymać. No i jest… Heynckes, który odchodzi z Bayernu.
Szkoda mi gościa. A jednocześnie go podziwiam. Od stycznia wiedział, że po sezonie nie będzie trenował Bayernu. I oto zdobywa z tą ekipą wszystko, co jest do zdobycia (najprawdopodobniej, bo w finale krajowego pucharu, jak i LM Bayern będzie faworytem), bijąc po drodze wszystkie rekordy, które są do pobicia. Szkoda gościa i być może szkoda też będzie kibiców Bayernu, i być może szkoda też będzie następcy. Yupp Heynckes zbudował w Monachium wielką drużynę z potencjałem na lata. Co zrobi Guardiola? Da radę to kontynuować? Czy będzie zaszczepiał tiki-takę? Będę uważnie obserwował.
A Heynckes? Może by tak Real?
Kibice Barcelony jak PiS
- O tym, iż symulowanie jest totalnym futbolowym
dnem wie każdy kibic. Jednak nie każdy jest w stanie potępić czyn ten w
wykonaniu zawodnika własnej drużyny. A już w wykonaniu kibica FCB jest tak prawdopodobne jak atak kosmitów.
Przydałoby się czasami trochę ę krytycznego spojrzenia na własne podwórko.
Wiadomo – wielu piłkarzy symuluje, ale to nie znaczy, by usprawiedliwiać takie
czyny w wykonaniu piłkarzy ukochanej drużyny. Jakoś nie spotkałem się ze
stanowczym potępieniem własnych piłkarzy przez katalońskich kibiców. Czasem
może warto spojrzeć na to krytycznie.
Może problem FCB polega na tym, że owe rymulki mają miejsce wtedy, gdy cały świat patrzy. Patrz: Sergio Busquets w półfinale z Interem. Chyba nie bez przyczyny doczekał się profilu na Filmwebie.
- Drugi temat to pedalstwo, gejostwo i pizdeczkowatość. Wszyscy kibice FCB szydzą z Cristiano Ronaldo. Ok – można się pośmiać, tym bardziej, że CR7 często daje ku temu powody. Ale zauważcie też jakich twardych, męskich, charakternych zawodników posiada Barcelona. W indywidualnych statystykach Krystyna pewnie przebiłaby wszystkich, ale już w walce na męstwo z koalicją Pique, Pedro czy Villa nie miałby szans.
Dlaczego Messi nie będzie piłkarzem wszech czasów?
Z czego kojarzymy Pelego? Z trzech wygranych Mundiali. A guru Messiego, Diego Maradonę? Ze złota i srebra na Mistrzostwach Świata? Zinedine'a Zidane'a? Również złoto i srebro Mundialu + zwycięstwo w Euro 2000. Kto będzie pamiętał o jego sukcesach klubowych za lat dwadzieścia? "Tygodnik Kibica"? Fakt, niektórzy jeszcze kojarzą Zidane'a z tego, że trenował algierskie sztuki walki na Marco Materazzim, ale pamiętajmy, że miało to miejsce jednak w finale Mundialu 2006.
Z czego będziemy pamiętać Leo Messiego za lat, dajmy na to, dwadzieścia, bądź trzydzieści? Coś mi się wydaje, że będą go wtedy wspominać jedynie prawdziwi fani F.C. Barcelony, której będzie niewątpliwą legendą. No i może jeszcze kibice Realu Madryt, z tego względu, że napsuł im tyle krwi. To bezdyskusyjne, że aby dopisać Argentyńczyka do grona wymienionych piłkarzy, należy poczekać na jego sukces na niwie reprezentacyjnej. Sukces, do którego to on tę reprezentację poprowadzi. Z tego punktu widzenia, lepszym zawodnikiem wydaje się być Ronaldo (ten prawdziwy, grubszy), którego karierę co prawda zniszczyły kontuzje i chorobliwa skłonność do tycia, ale przynajmniej zdobył Mistrzostwo Świata w Korei i Japonii w 2002 roku, został królem strzelców oraz najlepszym graczem tamtego turnieju.
O Messim, póki co, mówi się, że aby wygrał coś z reprezentacją, powinien na jej zgrupowania zabierać ze sobą Xaviego i Iniestę. A najlepiej jeszcze Villę i Pedro. Kiedy ci zawodnicy przestają go otaczać, oglądamy innego Messiego. Ten zawodnik, który potrafi strzelać całe ciężarówki bramek w klubie, w reprezentacji w 60 spotkaniach goli uciułał 16. Być może wynika to z tego, że selekcjonerzy Albicelestes nie potrafią dobrać taktyki pod naszego bohatera, ale pozwala również wysnuwać przypuszczenia, że Messi po hipotetycznym transferze do innego klubu również przestałby być TYM Messim. A najlepsi piłkarze w historii potrafili błyszczeć w każdej konfiguracji. Zidane był niekwestionowanym liderem reprezentacji, błyszczał również w Realu (gdzie jak wiadomo, nawet najjaśniejsze futbolowe gwiazdy nieraz gasły - choćby ostatnio Kaka). Z kolei Diego Maradona, którego Messi jest duchowym spadkobiercą, dwa razy potrafił ciągnąć samodzielnie przez całe Mudiale, aż do finałów (jeden z nich wygrywając) ekipy dość przeciętne, wygrywając mecze w pojedynkę, kiedy trzeba. Messiemu piłkarscy bogowie zesłali do pomocy takich tuzów jak Aguero, Tevez czy Higuain. I co? I nic.
A czas ucieka. Na najbliższych Mistrzostwach Świata w 2014 roku Messi będzie miał 27 lat. Zinedine Zidane grał z Francją w finale w wieku lat 34, ale pamiętajmy, że był on środkowym pomocnikiem, a jego fantastyczna gra była oparta przede wszystkim na technice. Messi również jest świetnym technikiem, ale w nieco innym, być może nowocześniejszym wydaniu. Piłka niesamowicie klei mu się do nogi przy rozwijaniu na boisku ponaddźwiękowych prędkości, dzięki czemu potrafi minąć kilku rywali nawet w kluczowym momencie (obliczono, że Messi i C. Ronaldo, to najszybciej poruszający się z piłką zawodnicy wszech czasów). Mając więc na uwadze największe atuty Argentyńskiego asa oraz fakt, że jest on przede wszystkim skrzydłowym (mimo gry teoretycznie na szpicy w Barcelonie), obawiam się, że najbliższe Mistrzostwa Świata mogą okazać się, jeśli nie ostatnią, to jedną z ostatnich okazji, aby Lionel Messi udowodnił, że należy mu się miejsce w najściślejszym piłkarskim panteonie. No chyba, że w okolicach trzydziestki zacznie przeobrażać się w playmakera, czego wcale nie można wykluczyć. Póki co jednak, grę Leo i całej reprezentacji Argentyny świetnie podsumowuje taki oto obrazek z ostatniego meczu z Kolumbią:
Liga Mistrzów. Dlaczego w finale będę kibicował Manchesterowi?
1. Bo awans Barcelony uznaję za kontrowersyjny. Ja wiem, że mówienie o spisku to głupota. Ale pomyłki sędziów na rzecz Barcy pozostawiły niesmak. W pierwszym meczu Pepe powinien dostać żółtą kartkę zamiast czerwonej, a w rewanżu, od 47 minuty “Duma Katalonii” powinna przegrywać 0:1. Nie uważam, że to oznaczałoby, iż Real się podniesie i wyrówna stan dwómeczu. Równie dobrze to podrażniona Barca mogłaby strzelić bramkę albo i trzy. Ale gol Higuaina powinien być uznany i kropka. Takie jest moje zdanie i będę go bronił.
2. Bo piłkarze Barcelony symulują faule. We wspomnianej sytuacji z 47 minuty rewanżu na Camp Nou wcale najbardziej nie bulwersuje mnie decyzja sędziego. Mylić się jest rzeczą ludzką. Ale widzieliście, co zrobił Mascherano? Poczuł, że ktoś dotyka jego łydki, więc bez zastanowienia dał nura na murawę. A o tym, co we wcześniejszym meczu (nie wspominając o finale Pucharu Króla) wyczyniała cała reszta zawodników katalońskiego zespołu, chcę jak najszybciej zapomnieć. Nie dało się już oglądać tych ciągłych upadków Pedro, czy Busquetsa. Właśnie, czy jest na tym poziomie jakiś inny defensywny pomocnik, który jest takim mięczakiem, jak ten ostatni? Kończąc ten wątek dodam tylko, że w kwietniowym, czteroodcinkowym serialu pod tytułem: "Gran Derbi do usranej śmierci" ostatecznie padł według mnie romantyczny mit Barcelony, jako ekipy grającej zawsze najpiękniej i najczyściej pod słońcem.
3. Bo mam dość stronniczości w mediach. Wnerwiają mnie wypowiedzi takie, jak wczorajsze chrzanienie Wojtka Kowalczyka w studiu Polsatu. Bronił on decyzji sędziego o nieuznanej bramce dla Realu, tylko nie bardzo wiedział, jak jej bronić. Na końcu więc okazało się, że bramki nie ma i być nie powinno, bo taką dezycję podjął arbiter. Sam Roman Kołtoń nie mógł powstrzymać śmiechu, a Mateuszowi Borkowi aż zmatowiała fryzura. Mam również dość artykułów i komentarzy takich, jak TEN, gdzie mam wrażenie, że autor pisał jedną ręką, bo drugą właśnie się masturbował. Możnaby pomyśleć, że współczesna piła klubowa sprowadza się do rywalizacji dwóch drużyn. Jednej, która jest po jasnej stronie Mocy oraz na drugiej, którą dowodzi sam Lord Vader - Jose Mourinho.
4. Bo podziwiam Fergusona, być może najlepszego obecnie trenera na świecie. Niemal dwadzieścia pięć lat na stanowisku w jednym klubie. Rozglądając się we współczesnym futbolu - rekord wręcz niewyobrażlny. Poza tym, że SAF jako jedyny szkoleniowiec na świecie potrafił wyrobić sobie w klubie pozycję (popartą wynikami) taką, że wydaje się nie do ruszenia, jest coś jeszcze. Zadajcie sobie pytanie, ilu piłkarzy Manchesteru United uznajecie za gwiazdy? Takie prawdziwe, hiper-globalne gwiazdy, świecące na futbolowym nieboskłonie i rozpalające wyobraźnię milionów. No właśnie, Ferguson jednak umie zrobić coś z niczego, prawda? Natomiast Guardiola? Cóż, to co teraz napiszę będzie może lekko przerysowane, ale Barcelona radziłaby sobie bez trenera. Wychowankowie, na których opiera się drużyna, są od małego szkolnie w tym systemie, w którym gra pierwsza drużyna. Poza tym, Barca zawsze gra to samo. Z reguły mistrzowsko, prawda, ale zawsze to samo. To co napiszę teraz, będzie z kolei zupełnie serio - Guardiola nie poradziłby sobie w innym klubie. Jeśli zdobędze kiedyś Ligę Mistrzów z ekipą inną, niż Blaugrana, każcie mi to publicznie odszczekać.
5. Bo imponuje mi Ryan Giggs. Rocznik ‘73. Co prawda w reanżu na Old Trafford nie grał, ale w pierwszym meczu był bohaterem; zaliczył bramkę i asystę. Czy Messi albo Cristiano Ronaldo dożyją takiego wieku na boisku? Jeśli nawet, to raczej nie na takim poziomie. A tak w ogóle, widzieliście kiedyś, żeby Giggs nurkował? Ja też nie.
6. Bo “Czerwonym Diabłom” się chce. Dwumecz był praktycznie rozstrzygnięty, a oni wyszli na boisko rezerwowym składem i rozbili czarnego konia tej edycji Ligi Mistrzów 4:1. Bez widocznego wysiłku. Co prawda raz mogło im być gorąco; kiedy to Schalke zdobyło bramkę kontaktową. Ale to była chwila. Machester zaimponował mi sposobem gry, kontrolą nad meczem bez zbytniego przemęczenia się, tylko po to, by co jakiś czas dokonać zrywu, przyspieszyć i pokazać, kto na boisku rządzi. Zwykle takie przyspieszenie kończyło się piłką w bramce Neuera.
Ps. Po półfinałach najbardziej szkoda mi tego, że prawdopodobnie swoją przygodę z Ligą Mistrzów zakończyła jej żywa legenda - Raul Gonzalez. Wszak w przyszłym sezonie Schalke w tych rozgrywkach już nie uświadczymy.
Quo vadis, Jose?
Uwielbienie od nienawiści dzieli cienka granica, co możemy obserwować na przykładzie Jose Mourinho i Realu Madryt. Jeszcze do środy mówiło się, jeśli nie o odrodzeniu potęgi Królewskich, to przynajmniej o powrocie na właściwe tory dzięki portugalskiemu szkoleniowcowi. Reakcje mediów na ostatnie wydarzenia, łącznie z wczorajszą porażką na Bernabeu z Realem Saragossa wyglądają raczej na zwiastuny... kryzysu. Cóż za nagły zwrot.
Nie będę tu cytował ostatnich medialnych wypowiedzi The Special One, bo każdy, kto jest choć trochę w temacie, dobrze wie, co się dzieje. Mianowicie - Jose ostro przegina. Jak chyba nigdy dotąd. Gdybym wiedział, że mówi, to co mówi szczerze, uznałbym go za idiotę. Idiotę, który w swoim doszukiwaniu się spisków przeciwko niemu dorównuje prezesowi Kaczyńskiemu, a być może nawet go przebija. Wydaje mi się więc, że Mou mówi o tych wszystkich zmowach z wyrachowania. Może ma to na celu zdjęcie presji z piłkarzy? Wyprowadzenie Barcy z rówowagi przed rewanżem? Wszak półfinał Ligi Mistrzów jeszcze nie rozstrzygnięty. Nie chciało mi się wierzyć, kiedy po wyniku 0:2 w pierwszym spotkaniu szkoleniowiec Realu publicznie pogrzebał szanse swojej drużyny na awans do finału. Po chwili dotarło do mnie: przecież to Mourinho - wygląda na to, że próbuje uśpić Katalończyków, sprawić, żeby stali się zbyt pewni siebie. Cóż, tonący chwyta się brzytwy. A że każdy inny trener w tej sytucji chwyciłby się brzytwy nieco innej, o ile w ogóle, to osobna kwestia.
Komentując publiczne wypowiedzi Jose Mourinho trzeba mieć na uwadze, że nigdy nie są one spontaniczne i szczere, ale obliczone na konkretny efekt. To wiemy od dawna. On doskonale zdaje sobie sprawę, że cała ta medialna otoczka ma niebagatelny wpływ na wynik sportowej rywaliacji. Jestem tylko ciekaw, czy dobrze na tym wyjdzie. Na razie wygląda na to, że może jednak dużo stracić. Podpadł już nie tylko rywalom, ale też władzom Realu, a także jego kibicom. Ba, nawet Cristiano Ronaldo publicznie skrytykował taktykę, jaką Mou wybrał przeciw Barcy. Za zresztą nie zagrał przeciw Saragossie. Przed sezonem portugalski szkoleniowiec zapowiadał, że aby odnosić sukcesy, potrzebuje dwóch sezonów. Znając zapędy i oczekiwania władz Realu - może tyle nie dostać. Czy mimo to powinien? Moim zdaniem tak, bo kolejna zmiana trenera w madryckiej ekipie spowoduje, że stabilizacja, która jest temu klubowi potrzebna najbardziej, szybko nie nadejdzie.
